Przychodzę do Was po aż 10-dniowej przerwie, przed świętami byłam tak zabiegana, że nie wyrabiałam się z czasem. Od piątku (post był w czwartek) po kilka godzin zajmowałam się składaniem gazetki, gotowa była w niedzielę ok. 23. Zrobiłabym to szybciej, gdyby nie komplikacje, które kilkakrotnie musiały się pojawić. I jakoś dobrnęłam do Wigilii, potem dwa dni świąteczne, także spędzone w gronie rodzinnym, a dzisiaj? Niedziela. W zasadzie, to jest dość późno. Post pojawiłby się wcześniej, gdyby nie fakt, że w tym roku udało mi się kolędować ze znajomymi. Niedawno wróciłam, ale mimo zmęczenia postanowiłam coś naskrobać. Tym oto sposobem streściłam Wam 10 dni, więc mogę przejść do tego, co zaplanowałam na dzisiaj.
Co dostałam na święta? Jak je spędziłam? Nigdy nie lubiłam pokazywać innym moich prezentów, uznawałam to za chwalenie się, chociaż wcale nie chciałam tego robić. Ale skoro pisałam kilka pomysłów na prezent, to wypadałoby podsumować, jaki był w tym roku święty Mikołaj, a muszę przyznać, że był bardzo hojny. Cztery książki, tzw. "kijek do selfie", power bank, nowy portfel, kalendarz na 2016, no i trochę słodyczy. I prawie zapomniałam o przecudownym malutkim króliczku- taki brelok/przytulanka. Skoro ja napisałam coś o moim Mikołaju, z chęcią przeczytam, co leżało pod Waszymi choinkami (piszcie w komentarzach).
Co się działo w moim domu? W zasadzie, to działo się sporo. W Wigilię ok. południa czekała mnie "pierwsza Wigilia" poza moim domem. Tam dostałam pierwsze prezenty i spędziłam kilka godzin z najbliższymi mi osobami z rodziny mojej mamy. Potem, wieczorem, zasiadłam do kolejnego posiłku wigilijnego, w innym gronie. Tym razem była to rodzina ze strony mojego taty. No i kolejne prezenty, potem pasterka i czas, żeby się wyspać. Zarówno cały pierwszy, jak i drugi dzień świąt spędziłam z rodziną. Rodzice, rodzeństwo, babcie, dziadkowie, wujkowie, ciocie, kuzyni i kuzynki. Zapewne każdy z Was to zna. I właśnie dzisiaj kolędowałam razem z moimi znajomymi. Nie chcieliśmy marnować dzisiejszego wieczoru siedząc przed komputerami/telewizorami i innymi takimi, więc dla frajdy wyszliśmy z domów w przebraniach. To chyba tyle z mojej historii, aczkolwiek liczę na to, że teraz Wy trochę opowiecie. Co dostaliście na święta? Jak spędziliście ten czas? A może nawet kolędowaliście? Czekam na komentarze ♥
niedziela, 27 grudnia 2015
czwartek, 17 grudnia 2015
Christmas Time ~ Listy do M.2
Tydzień temu miałam okazję, żeby wybrać się do kina. Od ponad miesiąca planowałam, że pojadę na "Listy do M.2", ale bałam się, że nie zdążę. A jednak- udało mi się!
Od wydarzeń, które miały miejsce w pierwszej części minęły cztery lata. Film nazwano komedią jeszcze bardziej romantyczną, a więc chciałam to sprawdzić. Tym razem jednak w dość trudnych wydarzeniach bierze udział aż 5 rodzin. Pierwsze, co szczególnie zwróciło moją uwagę, to problemy zdrowotne Małgorzaty. Chociaż w pierwszej części nie była zbyt dobrą szefową, to potem dużo się zmieniło. Tosia została adoptowana i naprawdę pokochała swoich "rodziców". Do tego stopnia, że udało jej się uzbierać naprawdę dużą sumę, chcąc przeznaczyć pieniądze na leczenie. Miłość Mikołaja i Doris kwitnie, ten już dawno zakupiony ma pierścionek zaręczynowy, jednak nie potrafi zdobyć się na odwagę i zadać tego pytania dziewczynie. Zamiast tego, kupuje jej na święta... niezbyt romantyczny prezent, który Kostkowi udaje się przez przypadek zepsuć. Karina i Szczepan są po rozwodzie. Ona jest teraz słynną pisarką, autorką popularnej książki, a on taksówkarzem. Los jednak chce, by ciągle na siebie wpadali, co ukazane jest w filmie dość często. Betty i Melchior, którzy razem opiekowali się swoim dzieckiem, też się rozeszli. Kobieta znalazła sobie nowego mężczyznę, który jest bardziej odpowiedni do roli ojca filmowego Kazika.
Czy film spełnił moje oczekiwania? Zdecydowanie tak. Było romantycznie, wiele scen doprowadziło do tego, że się wzruszałam. Niejednokrotnie po moim policzku spłynęły łzy, uważam, że naprawdę warto było odwiedzić to kino i obejrzeć "Listy do M.2" Wyżej nie wspomniałam o nowej parze. Lecz między zakochanych wkradła się... Matylda. To właśnie ona spowodowała spore zamieszanie. Naprawdę polecam Wam ten film, oglądajcie, jeżeli choć trochę Was zaciekawiłam.
Czy film spełnił moje oczekiwania? Zdecydowanie tak. Było romantycznie, wiele scen doprowadziło do tego, że się wzruszałam. Niejednokrotnie po moim policzku spłynęły łzy, uważam, że naprawdę warto było odwiedzić to kino i obejrzeć "Listy do M.2" Wyżej nie wspomniałam o nowej parze. Lecz między zakochanych wkradła się... Matylda. To właśnie ona spowodowała spore zamieszanie. Naprawdę polecam Wam ten film, oglądajcie, jeżeli choć trochę Was zaciekawiłam.
sobota, 12 grudnia 2015
Christmas Time ~ Potworki #DIY
Jest już 12 grudnia, a ja dopiero dzisiaj piszę post... Przyda się on, jeżeli Wasi znajomi/rodzina czytają książki. Chcesz dać każdemu drobny upominek? Trafiłeś idealnie! Podaruj... zakładkę do książki. Może nie brzmi to zbyt zachęcająco, ale każdy w swoim życiu kilka książek przeczytał, a mało kto przeczytał je bez żadnej przerwy. Tak więc z pewnością każdemu przyda się "słodka" zakładka.
Nie potrzebujemy wiele. Papier kolorowy (techniczny i rysunkowy), ozdoby, jakie tylko znajdziemy w naszym domu i trochę weny twórczej :) Ja użyłam tego sposobu 6 grudnia, gdy potrzebowałam kilku mini prezentów na Mikołajki.
To są gotowe zakładki, zrobione przez moją młodszą siostrę. Ja zaś zdecydowałam się na coś bardziej przypominającego o świętach. Na początku z papieru (ja wybrałam fioletowy, ale to wedle uznania) wycinam coś... takiego:
Nie wiem dlaczego, ale pierwsze skojarzenie po narysowaniu tego, to taki... pyszczek lisa. Rysowałam to od linijki, rozmiary... To chyba też według Waszego uznania, w zależności od tego, jak dużą chcecie zakładkę. Następnie zaginamy obydwa rogi i sklejamy je ze sobą. Już coś widać... A w zasadzie, chociaż dopiero zaczęłam Wam tłumaczyć, jak zrobić tą zakładkę, zbliżamy się do końca.
Wystarczy, że ozdobimy naszą zakładkę przeróżnymi brokatami, kolorowymi elementami (czym tylko zechcemy). Wygląd ostateczny zależy od naszej wyobraźni. Ja poszłam... na łatwiznę i użyłam brokatów i zielonego papieru, z którego wycięłam choinkę. Efekt końcowy:
Nie potrzebujemy wiele. Papier kolorowy (techniczny i rysunkowy), ozdoby, jakie tylko znajdziemy w naszym domu i trochę weny twórczej :) Ja użyłam tego sposobu 6 grudnia, gdy potrzebowałam kilku mini prezentów na Mikołajki.
To są gotowe zakładki, zrobione przez moją młodszą siostrę. Ja zaś zdecydowałam się na coś bardziej przypominającego o świętach. Na początku z papieru (ja wybrałam fioletowy, ale to wedle uznania) wycinam coś... takiego:
Nie wiem dlaczego, ale pierwsze skojarzenie po narysowaniu tego, to taki... pyszczek lisa. Rysowałam to od linijki, rozmiary... To chyba też według Waszego uznania, w zależności od tego, jak dużą chcecie zakładkę. Następnie zaginamy obydwa rogi i sklejamy je ze sobą. Już coś widać... A w zasadzie, chociaż dopiero zaczęłam Wam tłumaczyć, jak zrobić tą zakładkę, zbliżamy się do końca.
Wystarczy, że ozdobimy naszą zakładkę przeróżnymi brokatami, kolorowymi elementami (czym tylko zechcemy). Wygląd ostateczny zależy od naszej wyobraźni. Ja poszłam... na łatwiznę i użyłam brokatów i zielonego papieru, z którego wycięłam choinkę. Efekt końcowy:
poniedziałek, 7 grudnia 2015
Problemy- co i jak?
Każdy z nas ma jakieś problemy. Większe, mniejsze, takie, którymi się przejmujemy bardziej lub mniej. Ale nie znajdzie się osoby, która wyznałaby szczerze, że nie boryka się z chociaż jednym problemem. Po dokładniejszym przyjrzeniu się problemowi jesteśmy w stanie zauważyć, że takich kłopotliwych kwestii i czegoś, co zawraca nam głowę, czasem zupełnie niepotrzebnie, jest bardzo dużo. Tak dużo, że ja sama nie potrafię zliczyć tego, co mnie aktualnie trapi. Małe, drobne sprawy, które w moich myślach stają się olbrzymie. No tak, ale tego, że mamy problemy, nigdy nie uda nam się zmienić. A więc co zrobić, gdy masz problem, tylko taki większy i jesteś w stanie załamania?
Do kogo zwrócić się o pomoc, jeżeli czujesz, że nie dasz rady sama udźwignąć tego ciężaru? Kogo prosić o wsparcie, jakiekolwiek, byle tylko ta osoba pomogła odbić Ci się od dna? I właśnie to jest kolejny problem, który pojawia się w naszym życiu. Każdy ma problemy, większość ma problemy, z którymi bardzo trudno jest samemu sobie poradzić. Chcemy zasięgnąć czyjejś rady, oczekujemy na wsparcie chociażby duchowe, ale nagle uświadamiamy sobie, że nie ma osoby, której możemy powierzyć takie sprawy. Co wtedy mamy zrobić?
Każdy przeżywa kiedyś jakiegoś rodzaju załamanie nerwowe. Mamy wszystkiego dosyć, nie wiemy, co ze sobą zrobić, najchętniej zostawilibyśmy wszystko i odeszli, nigdy już nie wracając do swojego świata codziennego. Myślałam, że po chwili refleksji będę umiała doradzić Wam, do kogo możecie się udać z problemami, ale biorąc pod uwagę mój przykład, trudno było mi znaleźć chociaż jedną osobę. Oczywiście, gdyby ktoś z Was chciał naprawdę "porozmawiać" ja też jestem otwarta na to, co piszecie. Mogę spróbować pomóc, dlatego nie bójcie się pisać. Wiem, że to nie to samo, ale... Ja też nie miałam komu się wyżalić, nie znalazłam nigdy osoby, której mogłabym zaufać i porozmawiać z nią o moich problemach. Ale jeżeli napiszesz nawet do tej osoby z drugiej strony ekranu, zamiast przeróżnych imion, nazw własnych itp. użyjesz liter X, Y, Z i tak nikt tego nie wykorzysta. Jesteś trochę... anonimowy. Wiem, że lepsze są rozmowy prawdziwe, w tzw. "realu", ale nie zawsze możemy sobie na nie pozwolić, jeśli naprawdę czujemy się sami. Jakiś czas temu, w okresie mojego załamania, pewna osoba powiedziała mi:
Do kogo zwrócić się o pomoc, jeżeli czujesz, że nie dasz rady sama udźwignąć tego ciężaru? Kogo prosić o wsparcie, jakiekolwiek, byle tylko ta osoba pomogła odbić Ci się od dna? I właśnie to jest kolejny problem, który pojawia się w naszym życiu. Każdy ma problemy, większość ma problemy, z którymi bardzo trudno jest samemu sobie poradzić. Chcemy zasięgnąć czyjejś rady, oczekujemy na wsparcie chociażby duchowe, ale nagle uświadamiamy sobie, że nie ma osoby, której możemy powierzyć takie sprawy. Co wtedy mamy zrobić?
Każdy przeżywa kiedyś jakiegoś rodzaju załamanie nerwowe. Mamy wszystkiego dosyć, nie wiemy, co ze sobą zrobić, najchętniej zostawilibyśmy wszystko i odeszli, nigdy już nie wracając do swojego świata codziennego. Myślałam, że po chwili refleksji będę umiała doradzić Wam, do kogo możecie się udać z problemami, ale biorąc pod uwagę mój przykład, trudno było mi znaleźć chociaż jedną osobę. Oczywiście, gdyby ktoś z Was chciał naprawdę "porozmawiać" ja też jestem otwarta na to, co piszecie. Mogę spróbować pomóc, dlatego nie bójcie się pisać. Wiem, że to nie to samo, ale... Ja też nie miałam komu się wyżalić, nie znalazłam nigdy osoby, której mogłabym zaufać i porozmawiać z nią o moich problemach. Ale jeżeli napiszesz nawet do tej osoby z drugiej strony ekranu, zamiast przeróżnych imion, nazw własnych itp. użyjesz liter X, Y, Z i tak nikt tego nie wykorzysta. Jesteś trochę... anonimowy. Wiem, że lepsze są rozmowy prawdziwe, w tzw. "realu", ale nie zawsze możemy sobie na nie pozwolić, jeśli naprawdę czujemy się sami. Jakiś czas temu, w okresie mojego załamania, pewna osoba powiedziała mi:
Pamiętaj, że nie jesteś sama.
Jak trudno jest uwierzyć w te słowa... Zdaję sobie z tego sprawę. Ale może jednak czasem warto się przełamać i spróbować? Wiem, że to jest trudne, bo nie raz i nie dwa zawiedliśmy się na ludziach z naszego otoczenia. Ale los zsyła nam ludzi, którzy naprawdę chcą nam pomóc i zbić szybę, którą jesteśmy oddzieleni od reszty świata. Próbują dostać się do środka, uwolnić nas stamtąd i wesprzeć. Post ten skierowany jest nie tylko do tych, którzy pomocy potrzebują, ale także do ludzi, którzy są może trochę silniejsi, a może i nie, ale mogliby pomagać innym.
czwartek, 3 grudnia 2015
Dotyk Julii
Dzisiaj przychodzę do Was z recenzją książki, która miała pojawić się wczoraj, ale nie wyrobiłam się z czasem. A więc zapraszam do czytania:
Co byś zrobił, gdyby przywódcy Komitetu Odnowy chcieliby wykorzystać Cię do zawładnięcia światem, torturowania ludzi? A wszystko dlatego, że Twój dotyk... zabija?
Przepraszam, że tak krótko. wynagrodzę Wam to w następnym poście, który będzie prawdopodobnie jeszcze jutro.
Co byś zrobił, gdyby przywódcy Komitetu Odnowy chcieliby wykorzystać Cię do zawładnięcia światem, torturowania ludzi? A wszystko dlatego, że Twój dotyk... zabija?
„Nie możesz mnie dotknąć – szepczę. Kłamię – oto, czego mu nie mówię. Możesz mnie dotknąć – oto, czego nigdy nie powiem. Proszę, dotknij mnie – oto, co chcę powiedzieć”.
17-letnia Julia Ferrars od urodzenia ma moc, której za wszelką cenę chciałaby się pozbyć. Często była poniżana, nawet jej rodzice bali się jej dotknąć. Nie traktowali jej jak swojej córki, lecz jak potwora, wybryk natury. Gdy zabrano ją do szpitala psychiatrycznego przez 264 dni nie widziała ani jednego człowieka. Pewnego jednak dnia do jej celi przyprowadzony zostaje Adam Kent, chłopiec z dawnej szkoły Julii. Jedyny, który nią nie gardził. W późniejszych wydarzeniach okazuje się on być żołnierzem Warnera- tego, który chciał wykorzystać siedemnastolatkę jako broń. Julia odkrywa, że Adam może jej dotknąć, przez co zaczyna darzyć go większym zaufaniem i wielkim uczuciem. Zakochani postanawiają uciec, jednak przyłapuje ich Warner. Wtedy wychodzi na jaw, że on też jest odporny na dotyk dziewczyny. Dwójka młodych ludzi ukrywa się w domu Adama, mieszkając razem z jego bratem. Jednak do mieszkania trafia Kenji, zarówno przyjaciel Adama, jak i żołnierz Warnera. Julia i Adam znów uciekają, jednak ich drogi musiały się rozejść. Adam jest ciężko ranny, a Julia zostaje uprowadzona przez swojego prześladowcę. Jak zakończy się pierwsza część trylogii? Co stanie się w następnych? Tego Wam zdradzić nie mogę, dlatego zachęcam do rozpoczęcia lektury.Przepraszam, że tak krótko. wynagrodzę Wam to w następnym poście, który będzie prawdopodobnie jeszcze jutro.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





