sobota, 19 listopada 2016

BeznadzieJa

Cześć! Znowu tu jestem... ❤
Nie wiem, czy powinnam kolejny raz zaczynać cokolwiek na blogu. W 2015 w dwa miesiące dodałam 12 postów. Przez cały rok 2016 tylko 23. Nie potrafię być systematyczna, gdy wokół mnie tyle się dzieje. Kiedyś do Was powrócę w nowej odsłonie, ustalę czas, co jaki będą pojawiały się wpisy i wszystko będzie fajnie. Ale kiedy to nastąpi? Nie wiem. Naprawdę tego nie wiem.
Czuję ogromną pustkę, nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Każdego dnia towarzyszy mi wielki stres, jednak staram się być silna. Wybucham dopiero nocami, bo nikt nie widzi mojej bezsilności. Często wchodzę na bloga, ale nigdy nie wiem, o czym powinnam napisać. W zasadzie tematów mam wiele, ale nigdy nie potrafię wybrać. Dzisiaj też dodaję post bardziej informacyjny, bo powinnam jednak kilka rzeczy wyjaśnić.
Nigdy nie myślcie, że skończyłam przygodę z tym blogiem. Gdy moje życie będzie chociaż trochę spokojniejsze, wrócę tu i dam z siebie wszystko. Tymczasem jednak informuję, że w najbliższym czasie posty będą niesystematyczne, sama nie wiem, kiedy, od tego momentu, pojawi się kolejny wpis. Zupełnie nie wiem jeszcze, o czym napiszę. Czy to będzie recenzja książki, filmu, moje przemyślenia na jakiś temat, a może DIY? To się okaże już niedługo, przynajmniej taką mam nadzieję.

sobota, 15 października 2016

Dangerous Lies


Mimo tego, że saga "Szeptem" autorstwa B. Fitzpatrick okazała się bestsellerem, nie miałam okazji jej czytać. Jednak pewnego słonecznego dnia, podczas wizyty w księgarni, mój wzrok przykuła okładka pewnej książki i jej tajemniczy tytuł. O co mi chodzi? Pewnie poznajecie.
Zastanawiam się, dlaczego piszę tą recenzję dopiero teraz, skoro powieść zakupiłam i przeczytałam dość dawno. Jednak lepiej późno, niż wcale. A więc o co chodzi w "Niebezpiecznych kłamstwach"?
Becca Fitzpatrick stworzyła książkę zapierającą dech w piersiach. Akcja rozpoczyna się od pożegnania dwójki kochających się ludzi. Nie wiemy, co się stało, dlaczego Stella i Reed muszą się rozstać. Jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji. Są oni świadkami koronnymi, muszą porzucić dawne życie.
Estella to córka narkomanki, która przez przypadek widziała, jak diler jej matki, będąc u niej w domu, zabija drugą osobę. Dziewczyna dostaje drugie życie. Od tego momentu jest Stellą Gordon, mieszka w Thunder Basin w Nebrasce. Nastolatka nie może pogodzić się z utratą bliskich, ze zmianą miejsca zamieszkania. Carmina- emerytowana policjantka, która podejmuje się opieki nad zbuntowaną dziewczyną, robi wszystko, by Stella była bezpieczna. Stella poznaje miłego i przystojnego chłopaka- Chet'a, dzięki któremu łatwiej jest oswoić się z zupełnie nowym otoczeniem. I wszystko mogłoby skończyć się dobrze, gdyby nie obawa przed tym, że w każdej chwili gang narkotykowy może ją odnaleźć i zabić. Gdyby nie Trigger, miejscowy chłopak, który zaczyna coś podejrzewać, prześladuje dziewczynę i robi wszystko, by odkryć jej tajemnicę, nic złego prawdopodobnie by się nie stało.
Niejednokrotnie, czytając książkę, nie mogłam złapać oddechu. Byłam przerażona tym, co za chwilę może się stać. Powieść ta buduje ogromne napięcie, czytelnik chce jak najszybciej dowiedzieć się, o co chodzi. I gdy już czegoś można się domyślić, okazuje się, że rozwiązanie jest zupełnie inne. Stella, Carmina, Chet, Winny i inni bohaterowie podbili moje serca. Chociaż główna bohaterka wydawała mi się na początku nieodpowiedzialna, chcąc nawiązać kontakt z "ukochanym", to jej późniejsze decyzje sprawiły, że polubiłam ją. Jej twardy charakter i odwaga sprawiały, że powieść miała "to coś". Carmina, która za pierwszym razem wydała mi się oschłą, oziębłą staruszką w pewnym momencie pokazała, że ma złote serce i jest naprawdę cudowną osobą. Postacie Chet'a i Winny sprawiały, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech i zapominałam o niebezpieczeństwie czyhającym ze wszystkich stron.
Podsumowując: Nigdy nie czytałam podobnej książki, która ma w sobie aż tyle wątków. Kłamstwa, tajemnice, ból, śmierć, narkotyki i cudownie opisany wątek miłosny. Nie spodziewałam się co prawda takiego zwrotu akcji na samym końcu powieści, ale to nadało jej wyjątkowości. Gdyby ktoś chciał, żebym oceniła "Niebezpieczne kłamstwa" jednym wyrażeniem, użyłabym słowa FENOMENALNA  KSIĄŻKA. Z pewnością wrócę do niej jeszcze wiele razy, mogłabym czytać ją w nieskończoność. Zdecydowanie polecam! 
Moja ocena:



poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Moi starzy...

Nawet nie wiecie, jak wkurzają mnie moi starzy. Ciągle coś ode mnie chcą, o wszystko mają pretensje. Nie mogę już z nimi wytrzymać. Właśnie dlatego piszę ten post, bo szukam sposobów na to, żeby mieć chwilę spokoju. Mam dość starych, którzy ciągle się czepiają. Chcieliby wiedzieć o wszystkim. Co robię w danej chwili, z kim się zadaję. Myślą, że mogą mieć wpływ na moje życie. Też tak macie?

Stop, stop, stop! Zacznijmy może jeszcze raz. Najpierw chcę wyjaśnić Wam, dlaczego zamiast normalnych zdjęć, użyłam dwóch "emoji". Wydaje mi się, że świetnie nawiązują one do tematu dzisiejszego posta. Zwłaszcza obrazek drugi, do którego można by było dopisać: "To mój telefon, więc nic Ci do tego, co na nim robię." Ehh, jaki to bliski młodzieży temat. I to nie tylko tej "zbuntowanej" części. Taaak, znowu odbiegam od głównego tematu. Przepraszam, już przechodzę do sedna.
Dzisiaj chciałabym poruszyć temat wszędzie znany, różni ludzie różnie się wypowiadają w tej sprawie. A jakie jest moje zdanie, skoro zasadniczo jestem po tej "drugiej stronie"? Czy zachowuję się tak, jak większość moich rówieśników? Odpowiedź jest krótka i jednoznaczna: NIE.
Chyba domyślacie się już, o czym napiszę. Szacunek do rodziców, właśnie tak. Ciekawi mnie, jak Wy odnosicie się do osób, które dbają o Wasze wychowanie, wykształcenie i inne takie. Do osób, które były, czy też nadal są Waszymi "sponsorami", bo Was kochają. Chętnie dowiem się, po której stronie jesteście i jak zachowujecie się w stosunku do swoich rodziców. Mnie co prawda nazywają zbuntowaną nastolatką, ale znam umiar. Nigdy nie przeszłoby mi przez głowę, żeby powiedzieć o swoich rodzicach "Starzy".
Zdaję sobie sprawę, że to teraz jest takie modne i "cool", ale no chwileczkę! Chyba istnieją jeszcze jakieś granice! Jako nastolatka, jestem zdana na przebywanie ze swoimi rówieśnikami, którzy drwią ze swoich rodziców, wyśmiewają się z nich i żeby pokazać, jacy to oni nie są fajni, mówią o nich na różne sposoby. Najgorszym z nich jest chyba "Moja stara, mój stary". Zastanawiam się, jak można w tak wielkim stopniu nie szanować osób, które gdyby mogły, oddałyby za nas życie? Wolą oddać nam swoje jedzenie, gdy widzą, że nadal jesteśmy nienasyceni. Żeby zapewnić nam dobre życie, zminimalizują swoje wydatki do tych najważniejszych. Gdy jesteśmy chorzy najchętniej zabraliby tę chorobę na siebie? Ja nie mam starej i starego. Pod definicją rodziców w moim słowniku nie istnieje słowo "starzy". Ja mam mamę i tatę. Mam rodziców, którzy mnie naprawdę kochają. I ja też ich kocham, i szanuję. Proszę, przemyślcie w końcu swoje zachowanie!
Jaka jest Wasza opinia dotycząca szacunku do rodziców? Jak Wy się do nich zwracacie? Chętnie przeczytam Wasze wypowiedzi w komentarzach. :)

piątek, 22 lipca 2016

The Darkest Minds

Dzisiaj przyjrzymy się z bliska dość znanej trylogii autorstwa młodej Amerykanki... Domyślacie się, co mam na myśli? Jeżeli nie, to dam Wam jeszcze kilka podpowiedzi. Pierwsza część trylogii została wydana pod koniec roku 2012. Jest to opowieść nastolatki, która jest... ostatnią z Pomarańczowych.
Tak, teraz już powinniście wiedzieć, co mam na myśli. Weźmiemy pod lupę "Mroczne umysły" napisane przez Alexandrę Bracken. O co w tym wszystkim chodzi? Na początku nic nie rozumiałam. Gdy zaczęłam czytanie, pomyślałam sobie: "O nie, nie dam rady." i na niecały miesiąc zapomniałam o książce. Dlaczego do niej powróciłam? Zaczęło się od mojej wizyty w księgarni. Okładka przyciągnęła moją uwagę, nie powiem, że nie. Tytuł wydawał mi się znajomy. Jeszcze raz przeczytałam tylną stronę okładki, po czym powędrowałam do kasy. Gdy ponownie rozpoczęłam lekturę, żałowałam, że czytam to dopiero teraz. Coś tak świetnego wydawało mi się czymś słabym. W zasadzie, to nie odłożyłabym "Mrocznych umysłów", gdybym już wcześniej posiadała wersję papierową książki, a nie elektroniczną. Nie lubię czytać w telefonie, komputerze, ani nawet na e-booku. Wolę klasyczne książki papierowe. Po prostu kocham ich zapach, uwielbiam możliwość wertowania kartek, zaznaczania fragmentów kolorowymi karteczkami i wracania do nich w chwili słabości. Jestem zadowolona, że drugi raz sięgnęłam po "The Darkest Minds"- jak brzmi tytuł w wersji angielskiej. No ale ja tu "gadu-gadu", a recenzji nadal brak. W takim razie zapraszam do następnego akapitu. :)
Ruby. Główna bohaterka, która posiada niezwykłe zdolności. W każdej chwili może wedrzeć się do Twojego umysłu, a co gorsza- wymazać Twoje wspomnienia. Właśnie to przydarzyło jej się zupełnie niechcący, gdy była małą dziewczynką. Wymazała siebie z pamięci swoich rodziców, w wyniku czego trafiła do "obozu rehabilitacyjnego", gdzie "dobrzy ludzie" mieli wyleczyć ją z tej choroby, zwanej OMNI. A jednak dzieje się inaczej. Ruby wie, że jest inna i widzi, co dzieje się w Thurmond, w którym przebywa. Dzieci, które posiadają takie umiejętności jak ona, dziwnym trafem znikają. Nastolatka zdaje sobie sprawę z tego, jaki jest ich los i stara się ukryć fakt, że jest Pomarańczową. Udawała Zieloną, czyli osobę wyjątkowo inteligentną. Są też Żółci posiadający zdolności związane z prądem, Niebiescy- potrafili poruszać przedmiotami, a także ludźmi, Czerwoni wykazujący zdolność do podpalania wszystkiego i tacy, jak Ruby, czyli Pomarańczowi, potrafiący wdzierać się do cudzych umysłów i rozkazywać swoim ofiarom. Wszyscy są święcie przekonani, że główna bohaterka jest niegroźna, jednak ktoś odkrywa jej sekret. Proponuje jej ucieczkę z ośrodka i nowe, lepsze życie. Dziewczyna przystaje na umowę, jednak w krótkim czasie zmienia towarzystwo i z nowymi, nieznanymi jej osobami wyrusza na poszukiwanie człowieka, który jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwo. Jak potoczą się losy Ruby i trójki jej znajomych? Kto okaże się wrogiem, a kto przyjacielem nastolatki? No cóż, jeżeli chcecie się tego dowiedzieć, musicie sięgnąć po lekturę. :)
Zastanawiałam się, czy nie wprowadzić jakichś punktów w skali od 1 do 10, dzisiaj tak zrobię, a ewentualnie możecie napisać w komentarzach, czy chcecie tę punktację, czy też lepiej będzie bez niej.

Moja ocena:


wtorek, 19 lipca 2016

Szczera czy wredna?

Najpierw chciałabym podziękować Wam za rady pod poprzednim postem. Dzięki tym kilku komentarzom podjęłam decyzję o różnorodności na blogu. Mam nadzieję, że każdy będzie mógł znaleźć coś dla siebie, gdy wprowadzę jeszcze kilka "działów". Tymczasem zapraszam Was na dzisiejszy post, czyli znów trochę o życiu.  No i już wkrótce opublikuję kolejną recenzję naprawdę fajnej książki. Jesteście ciekawi, jakiej? Niedługo się dowiecie. :)
Często mówi się o tym, że ludzie są wredni. Zdarza się, że sami o sobie mówimy "Jestem wredna". Ja jednak patrzę na to troszeczkę inaczej, bo mimo wielu opinii, charakter jest inny. Zauważyłam ostatnio, że coraz więcej osób usprawiedliwia się słowami "Nie jestem wredna, jestem szczera." Ale ile prawdy jest w tej 'szczerości'? Dziś chciałabym zastanowić się, czy lepiej być kimś szczerym do bólu, czy też ukryć prawdę, by nie sprawić komuś ogromnej przykrości?
Każdy z nas powinien znać granicę, której nie powinien przekroczyć. Nie uważam, że powinniśmy kłamać, by druga osoba cieszyła się z komplementów. Czasami lepiej jest dla tej drugiej osoby, gdy ktoś powie jej prawdę w oczy. Prawda boli, ale wyznając ją, trzeba uważać, by nie stać się wrednym i nie powiedzieć kilku słów za dużo, dopowiedzieć jeszcze czegoś.
Podobna sytuacja, dotycząca szczerości, pojawia się także dość często wśród młodzieży ze względu na naukę. Przykładem tego mogę być ja, bo wiem, że jeżeli ktoś wytknie mi moje błędy i powie, że jest beznadziejnie, da mi pewnego rodzaju motywację do działania. Nawet, jeżeli zanim zacznę działać, będzie mi strasznie przykro i uronię wiele łez. Ale po jakimś czasie dotrze do mnie, że ta osoba powiedziała mi prawdę.

czwartek, 14 lipca 2016

Books, books, books...

Przychodzę dziś do Was z pewnym pytaniem, które nurtuje mnie już od dłuższego czasu. Nie trudno było przegapić to, że na blogu pojawia się coraz więcej recenzji książek. Jest to spowodowane przede wszystkim tym, że kocham czytać i jest to moja pasja. Czytam, gdy chcę się odprężyć, czytam, gdy znajdę chociaż chwilę wolnego. Nawet teraz, gdy piszę posta, zdarza mi się odbiec myślami do książki, którą obecnie czytam.
No dobrze... Zastanawiacie się pewnie, po co Wam to mówię (piszę). Od dawna myślę o tym, w jakiej tematyce piszę swojego bloga i... w zasadzie to nie znam odpowiedzi na to pytanie. Często piszę zarówno recenzje, jak i posty bardziej z życia wzięte. Nie są to opowiadania z mojego nudnego, monotonnego życia, lecz problemy, z jakimi borykają się ludzie na co dzień. I nie chodzi mi tutaj o problem typu "Co zjeść na śniadanie".
Dlatego też zależy mi, żeby pod tym postem znalazło się trochę komentarzy, bo wydaje mi się, że trochę się pogubiłam. Nie wiem, czy lepiej będzie, jeśli wszystko zostanie tak, jak jest, a do tego może dorzucę od czasu coś z serii "Julia w kuchni", a do recenzji dodam "Julia czyta", a do tych moich przemyśleń jeszcze coś innego, czy może powinnam ustalić jedną tematykę (w tym przypadku byłyby to tylko recenzje).
Proszę Was o radę, bo już sama nie wiem, co byłoby lepsze. Osobiście pewnie wolałabym tematykę różnorodną z jakimiś nagłówkami, np. te wymienione w akapicie wyżej, ale nie wiem, co się lepiej czyta. Odpowiada Wam to, jak jest teraz, czy jednak chcecie zmiany bloga na recenzje książek? Podpowiedzcie, proszę. I z góry dziękuję ♥

poniedziałek, 11 lipca 2016

Przerwa na blogu

Hej. Trudno mi to wyznać, ale przez ten miesiąc, albo i dłużej, trochę zaniedbałam... wszystko. Nie tylko bloga i Was, straciłam kontrolę nad wszystkim. Minął miesiąc od ostatniego posta, to fakt. Mam nadzieję, że mnie zrozumiecie, chociaż liczę się z tym, że możecie tego nie zrobić. Wczoraj wieczorem wróciłam z obozu, znad morza. Prawdopodobnie opiszę to w jednym z akapitów dzisiejszego posta. Nie wiem jeszcze, w którym, nie zaplanowałam tego. W zasadzie to nawet nie wiem, o czym powinnam pisać. Na pewno nic mi nie da użalanie się nad sobą. Nie chcę też, żebyście to Wy użalali się nade mną, gdy napiszę, co się dzieje w moim życiu. Wydaje mi się, że nie potrzebuję wsparcia i słów otuchy. Zdaję sobie sprawę z tego, że one i tak nic nie zmienią.
Nadając tytuł, zastanawiałam się, co powinnam dalej robić. Czy faktycznie przerwać pisanie bloga? Mam wrażenie, że jest on... nieużyteczny, chociaż w statystykach widzę, że nadal go odwiedzacie. Prawdę mówiąc, dziwię się Wam. Ostatnio dodaję tak mało postów, że nawet nie opłaca się tutaj zaglądać. Ale muszę jednak coś wyjaśnić. To nie jest tak, że zapomniałam o blogu, czy też nie mam czasu i pomysłów na posty. Nie wypaliłam się, ani nic z tych rzeczy. Po prostu mój nastrój sprawia, że odechciewa mi się wszystkiego.
Ogólnie rzecz biorąc, od tego nieszczęsnego 11 czerwca nie było aż tak źle. Nie biorąc pod uwagę napięcia na koniec roku szkolnego, wydawało się całkiem znośnie. Cieszyłam się 4 lipca, gdy wyjechałam nad morze. Cały wyjazd był naprawdę udany. Nie myślałam, że będę się tyle śmiać podczas niego. Bawiłam się doskonale, przy tym zbliżając się do kilku osób. Miałam okazję zwierzyć się ze swoich trosk, czułam się potrzebna. Od razu muszę Wam napisać, że tym razem nie spodziewajcie się fotorelacji. Zdjęcia robiłam, owszem, ale pragnę zostawić je dla siebie z wielu różnych przyczyn. Dzisiaj post z wyjaśnieniami, opowieściami itp. Oczywiście, nie będzie chronologicznie. Teraz o obozie, a zaraz pewnie znowu wydarzenia z czerwca. Albo i nie.
Myślałam, że się nie pozbieram, gdy dopadło mnie jakieś załamanie nerwowe. Było to kilka miesięcy temu, po prostu nie dawałam sobie rady. A jednak to był dopiero początek, to 'gorsze' miało dopiero nadejść. Dzisiaj mamy 11 lipca. Niby to rozpoczęcie wakacji, ale ja już mogłabym odliczać dni do rozpoczęcia roku szkolnego. Dlaczego? Powodów jest kilka. Nie, żeby jakoś za bardzo mi się spieszyło. Wcale nie mam ochoty znowu być oceniana. Mam w sumie dość życia w ciągłym stresie, ale właśnie to mnie czeka. Zaczynam przyswajać sobie pewne fakty, zdecydowanie pomogła mi w tym rozmowa "psychoterapeutyczna", bo właśnie tak mogę ją nazwać. Nie było to coś takiego poważnego, w zasadzie- wieczorne pogaduchy podczas wyjazdu. A jednak, dużo sobie wtedy uświadomiłam.
To chyba tyle na dziś, ewentualnie mogę poinformować, że nie mam zamiaru robić przerwy w blogowaniu, bo kocham to, co robię. Mam nadzieję, że mi wybaczycie te duże odstępy czasowe między postami, postaram się to ogarnąć.

sobota, 11 czerwca 2016

Historia Travisa

Ostatnio, odwiedzając Empik stwierdziłam, że warto byłoby poszukać jakichś nowych książek do przeczytania. Na swojej liście, co muszę kupić znalazło się kilka tytułów, jednak moją uwagę dodatkowo przykuł dość nietypowy tytuł. Gdy zobaczyłam tę książkę, pomyślałam "Ot, kolejne romansidło, stracił głowę dla dziewczyny, pewnie jakaś love story". Mimo wszystko, sięgnęłam po książkę, przeanalizowałam okładkę i tekst z tyłu, po czym skierowałam się w stronę kasy. Z tą oto książką (i kilkoma innymi) w dłoniach. Dlatego dzisiaj przychodzę do Was z recenzją, chociaż ostatnio trochę ich tu dużo.
Wszem i wobec przedstawiam Wam szesnastoletniego Travisa oraz jego historię opisaną w książce pt. "Chłopak, który stracił głowę". Nastolatek jak każdy inny, ma przyjaciela, kochającą dziewczynę, normalną rodzinę i nieuleczalnego raka, jak głosi tył okładki. Jego choroba jest o tyle poważna, że w tak młodym wieku Travis musi dokonać naprawdę trudnego wyboru. Czy umrzeć, czy też pozwolić medycynie się rozwijać i wziąć udział w prawie niemożliwym eksperymencie, jakim jest przeszczep. Ale nie taki zwykły, które niestety się zdarzają. Zgadza się na to, by fachowi lekarze odcięli mu głowę, po czym przeszczepili mu ciało zdrowego człowieka. Przez 5 lat jest w śpiączce, jego rodzina i bliscy zakończyli żałobę. Przyjaciel i dziewczyna Travisa są na studiach, w dodatku ona jest od dawna zaręczona. Gdy się budzi, jest niemal sam. Pojawiają się przy nim rodzice, próbujący go wesprzeć, ale wszystkim jest trudno. Travis ma swoją głowę, wydaje mu się, że "usnął" kilka tygodni temu, nie może uwierzyć, że minęło tyle lat, a on wciąż ma te 16 lat. Chłopak nie potrafi pogodzić się ze wszystkimi tymi wydarzeniami, próbuje przywrócić swoje życie w przeszłości, ale czy to się uda? To naprawdę poruszająca historia o miłości, podejmowaniu decyzji i... o życiu. Czy Travisowi uda się zapanować nad sytuacją i odnaleźć w tym świecie, z nowym ciałem, należącym do kiedyś wysportowanego nastolatka, którego rodzice też są załamani? Zachęcam do przeczytania tej lektury, ponieważ John Corey Whaley naprawdę dobrze się spisał.

środa, 1 czerwca 2016

Zakopane - Fotoleracja

Witajcie po dość długiej przerwie, podczas której byłam ciągle w biegu i poza domem, bez dostępu do laptopa. Miałam kontakt ze światem dzięki moim 2 GB transferu na telefonie i tyle. Ale dzisiaj mogę przyjść do Was z nowym postem, który zaplanowałam nieco inaczej. Od razu muszę Was powiadomić, że zrobiłam naprawdę dużo zdjęć, ale zamieszczę ich tylko kilkanaście. Pewnie udałoby mi się napisać tego posta wcześniej, ale nie mogłam dodać zdjęć. Wyskakiwał jakiś dziwny błąd i tyle.  Ale dzisiaj mi się udało, więc zapraszam do popatrzenia i przeczytania króciutkiego opisu mojej trasy. Jeśli macie taką możliwość, wyjedźcie gdzieś. Mi ta wycieczka bardzo pomogła w zregenerowaniu sił.
Zdjęć było by więcej, ale kilka dni temu rozbiłam telefon i chwilowo nie mam dostępu do części zdjęć, które miałam zapisane w telefonie.. Mam nadzieję, że nie zostaną usunięte. Jeśli wśród nich znajdę jakieś godne pokazania, to wstawię je jako część drugą tego postu. Pamiętam, że na telefonie miałam sporo zdjęć roślin, których w moim otoczeniu raczej się nie spotka. Także prawdopodobnie pojawi się część druga, ale niczego nie obiecuję :(
Jak przebiegały moje wędrówki? Nie będę opisywała Wam każdego dnia, opiszę to razem, mam jednak nadzieję, że w prawidłowej kolejności. Pierwszym szczytem, który zdobyłam w tym roku był Nosal- trasa dość łatwa, nie wymagała wielkiego wysiłku. I chociaż zmęczenie odczuwałam, bo jednak idzie się ciągle pod górę, to wiem, że było warto, bo kocham góry. Potem odwiedziłam Pustelnię św. Brata Alberta, jednak nie zabawiłam tam długo. Trzeba było ruszyć pod górę, prosto na Kalatówki, a potem północny stok Giewontu. W planach była również Hala Gąsienicowa i Czarny Staw Gąsienicowy, ale było tam dużo śniegu, ja byłam z grupą i warunki, by tam iść, były według przewodnika zbyt niedogodne, a dla niektórych niebezpieczne. Tak więc zamiast tam, cała grupa udała się do Doliny Kościeliskiej, gdzie zwiedzaliśmy Jaskinię Mroźną i Smoczą Jamę. Wycieczkę zakończyliśmy wjazdem na Gubałówkę, przejściem z niej na Butorowy Wierch i zjazdem wyciągiem krzesełkowym. Szkoda, że ten wyjazd był tak krótki i niemal całą jego połowę zajęła podróż, bo do Zakopanego blisko nie mam. 



niedziela, 15 maja 2016

Patriotyzm

W dzisiejszych czasach bardzo rzadko spotykamy się ze słowem patriotyzm. Czy zastanawialiście się kiedyś, czym to jest spowodowane? Definicja jest bardzo prosta. "Patriotyzmem nazywamy szacunek i umiłowanie ojczyzny, gotowość do poświęcenia się dla niej i narodu, stawianie dobra własnego kraju ponad interesy partykularne bądź osobiste. Poczucie silnej więzi emocjonalnej i społecznej z narodem, jego kulturą i tradycją." Więc dlaczego to słowo przestało być "modne"? Dużo osób naśmiewa się np. z symboli narodowych, z pewnością po internecie krąży wiele przeróbek hymnu państwowego. Ale to wcale nie jest śmieszne. Do Polski przybywa coraz więcej zagranicznych zwyczajów, tradycji, a nawet słów. Mamy swój język, ale między nasze słowa wplatamy zwroty obcojęzyczne. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego tak się dzieje?
Czasem warto pomyśleć o tym, co dzieje się w naszym kraju... Wczoraj mogliśmy oglądać Eurowizję i fenomenalny występ Michała Szpaka. Skoro jednak my sami nie doceniamy swojego kraju, nie zrobiło tego także jury. Obiektywnymi głosami możemy nazwać głosy telewidzów z całej Europy, którzy ulokowali Michała na trzecim miejscu, za co należą mu się wielkie brawa! Jury oceniło nas jednak... dość nisko, sami o tym wiecie, przez co w klasyfikacji ogólnej mieliśmy 8 miejsce, co i tak nie jest złym wynikiem. Dla mnie występ był cudowny, dlatego liczę tylko punktację od słuchaczy sprzed telewizorów. Gratulacje! ♥ 

wtorek, 10 maja 2016

Internet Friends

Przychodzę do Was z postem o przyjaźni, która zaczyna się w internecie... Wiele osób uważa, że taka przyjaźń nie istnieje, albo, że bardzo szybko się kończy i nie jest prawdziwa. Dzisiaj spróbuję udowodnić Wam, że prawda jest zupełnie inna. Nie wiem, czy mi się to uda, ale jestem dobrych myśli. A wiecie dlaczego? Bo ja sama takiej przyjaźni już doświadczyłam. I chociaż czasownik napisałam w czasie przeszłym, to ta znajomość nadal trwa i rozkwita. Z jedną z takich osób nawet udało mi się spotkać. ♥



Taka znajomość ma pewne minusy, jak wszystko, co istnieje na tym świecie. No bo w trudnej chwili nie mogę tej osoby przytulić, troszkę trudniej jest wyczuć tę bliskość. A jednak, możemy słyszeć swój głos, nawet jeśli jest on zniekształcony przez mikrofon w urządzeniach mobilnych, możemy się widzieć, chociaż kamerka to nie to samo. Ja dałam sobie radę, udało mi się zaprzyjaźnić z osobami, których nigdy nie widziałam 'na żywo'. Razem z kilkoma dziewczynami stworzyłyśmy grupę, która nie wytrzymuje jednego dnia bez pisania ze sobą, każda dla każdej jest 'dopełnieniem'. Taka ekipa tworzy jedną całość. I wiecie co? Nie raz pisałyśmy o tym, że naszym największym marzeniem jest spotkanie się. Byłyśmy świadome tego, że mieszkając w przeróżnych, bardzo od siebie oddalonych miejscach Polski, takie spotkanie jest niemalże niemożliwe. A przynajmniej nie teraz, bo różnimy się także wiekiem. Dopóki wszystkie nie osiągniemy pełnoletności, czy będzie istniała możliwość zobaczenia się w jednym miejscu? Z mojego punktu widzenia, to było niemożliwe. Nadal jestem pełna obaw, ale wierzę w to, że się uda. Największym dowodem tego jest to, że z jedną dziewczyn z ekipy udało mi się spotkać. Gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowiłam ją wykorzystać. Teraz wiem, że zrobię wszystko, by spotkać się z pozostałymi. Bo warto. Nasza przyjaźń pogłębia się z dnia na dzień, mimo odległości wielu kilometrów, zostałyśmy połączone przez los. A jeżeli naszym przeznaczeniem było poznanie się w sieci, to spotkanie w rzeczywistości też jest realne. Skoro już się na siebie natknęłyśmy, nie będzie rzeczy niemożliwych.
Mam nadzieję, że po tej notce uwierzycie w to, że internetowa przyjaźń jest jak najbardziej możliwa, a dla mnie okazała się wybawieniem z życia ze znajomymi, którzy niejednokrotnie wbijali mi nóż w plecy. Tak wiele osób okazało się fałszywych, że czasem myślę, że poznanie się w sieci w niektórych sytuacjach jest lepsze. Jedno spotkanie z moją przyjaciółką poznaną przez internet się odbyło i liczę na więcej. Zwłaszcza, że jesteśmy jedną, zgraną ekipą już dość długo, biorąc pod uwagę fakt, że podobno internetowe przyjaźnie bardzo szybko się kończą. Ja ten mit obalam i w sumie, mogę Was nawet zachęcić.

sobota, 7 maja 2016

Red Queen

"Powstańmy! Czerwoni niczym świt"
Po przeczytaniu książki "Czerwona Królowa" autorstwa Victorii Aveyard, niejednokrotnie zastanawiało mnie, co by było, gdyby tak wyglądał świat, w którym my obecnie żyjemy. Czy lepiej byłoby urodzić się, jako tzw. Czerwony i prowadzić prawie normalne i spokojne (do czasu) życie, czy należeć do grona Srebrnych i posiadać nadludzkie moce. Z pewnością życie w obydwu tych światach nie było łatwe. W żyłach 17-letniej Mare Barrow płynęła czerwona krew, ale w tej dziewczynie było coś, co czyniło ją także Srebrną. Panowała nad energią elektryczną, przez co na dworze króla zyskała przezwisko "Dziewuszki od błyskawic".  Nastolatka wkrótce musiałaby wyruszyć na wojnę, gdzie od kilku lat byli jej starsi bracia. Jedynie jej siostra była bezpieczna, czekała ją świetlana przyszłość i współpraca z tymi najbogatszymi. Ale pewnego dnia wszystko się zmienia. Mare, dzięki pewnemu młodzieńcowi o imieniu Cal trafia na służbę do pałacu, gdzie prawda o jej umiejętności wychodzi na jaw. W wyniku tej sytuacji staje się Mareeną Tytaniusz i jest zmuszona do odcięcia się od prawdziwej rodziny i podawania się za córkę Srebrnego, poległego w imię ojczyzny. Zostaje zaręczona z młodszym synem króla Tyberiasza- Maven'em i zaczyna darzyć go zaufaniem. Nie zauważa, kto tak naprawdę stoi po jej stronie i zaczyna oddalać się od następcy tronu- Cala. Jej świat ponownie wywraca się do góry nogami, dziewczyna dołącza do Szkarłatnej Gwardii i pragnie równości ludzi. W jej głowie wciąż brzmią słowa:
"Każdy może zdradzić każdego." 
Co z tego wyniknie? Czy Mare uda się przeżyć w świecie pełnym kłamstw i zdrad? Jak potoczą się dalsze losy bohaterów tej powieści? Tego dowiecie się, sięgając po lekturę.

środa, 27 kwietnia 2016

#Cry

Na początku muszę Was przeprosić za brak postów przez 9 dni. Miałam straszne problemy z internetem, a dodatkowo- wyjątkowo dużo nauki. W chwili, gdy piszę tego posta, wyglądam przez okno. Pada deszcz... Czasami wydaje mi się, że te krople, które spadają z nieba to też łzy. Mimo tego, że deszcz czasami 'ładnie wygląda' mi kojarzy się z płaczem i... z cierpieniem. Dlatego dzisiaj poruszę ten temat, zwłaszcza, że ostatnio płaczę niemal ciągle. Powodów tego jest mnóstwo.

T
eraz słucham patriotycznych piosenek, które przypominają mi o dawnej Polsce... Na ich temat mam zamiar poświęcić oddzielny post, zwłaszcza, że zbliża się święto. Jednak nie tylko te piosenki powodują, że moje oczy się 'pocą'. Mam takie momenty, w których powracają do mnie wszystkie najgorsze wspomnienia. Wtedy mogę płakać przez dłuższy czas, ale... To przynosi mi ulgę. Rzadko w moim życiu pojawiają się łzy szczęścia, chociaż nie mogę stwierdzić, że ich nie ma. 





Zdarza mi się płakać nawet wtedy, gdy widzę otaczający mnie świat. Jest tak piękny, niemal idealny, a my, ludzie, tak bardzo go niszczymy. Przyroda to coś, na co zawsze zwracałam uwagę. Tak bardzo mi przykro, gdy ją "krzywdzimy". Nie mówiąc o tym, że ludzie krzywdzą nie tylko otoczenie... Jeszcze bardziej krzywdzą sami siebie nawzajem.
 To dlatego na moim blogu tak często pojawiają się zdjęcia przyrody, roślin... Jestem zrozpaczona, gdy widzę, co się dzieje na tym świecie, w którym żyjemy. Chociaż nie ukrywam, że jestem świadoma tego, że to my jesteśmy za to odpowiedzialni. Jednak wracając do łez... Często zastanawiam się, czy to, że tak często płaczę, jest dobre, czy złe. Mimo tego, że łzy mają działanie pozytywne, nie chodzi mi o to. Ale po dłuższym przemyśleniu zawsze stwierdzam, że dla mnie, uwolnienie nadmiaru wody z organizmu jest bardzo dobre. Przyzwyczaiłam się do płaczu, chociaż nie ukrywam, że sól zawarta w łzach wysusza mi policzki. Czasem trzeba po prostu usiąść i się popłakać. Chociaż lepiej, jeśli będą to łzy szczęścia. I właśnie takich łez Wam życzę.



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Delirium

Mamo, proszę, powiedz, jak do domu wrócić, 
Zgubiłam się w lesie, chciałam drogę skrócić. 
Jestem już półżywa, nie mam siły stać. 
Spotkałam Odmieńca, co urzekł mnie wielce, 
Pokazał mi uśmiech i skradł moje serce. 
Co byś zrobił, gdyby miłość była chorobą? Chciałbyś się z niej wyleczyć? Mieszkańcy Portland w zasadzie nie mogą wybierać. Każdy, gdy jest wystarczająco dojrzały poddawany jest zabiegowi. Od małego wszyscy uczeni są, że miłość to okropna, śmiertelna choroba. A zabieg ma przynieść szczęście. Bohaterka powieści jest na dwa miesiące przed zabiegiem, nie może doczekać się wyleczenia ze względu na to, co przeżyła w dzieciństwie, gdy jej matka zachorowała. Cierpiała, zachowywała się inaczej niż inni. Pewnego dnia Lena poznaje Aleksa, dla którego jej serce zaczyna bić mocniej. Właśnie wtedy dochodzi do wniosku, że przez wiele lat żyła w kłamstwie, zaczyna rozumieć to, co powiedziała jej matka, zanim odeszła.
„Kocham Cię. Pamiętaj. Tego nam nie odbiorą.” 
Książka „Delirium” autorstwa Lauren Oliver nie raz zapiera dech w piersiach. Opisy są tak dobrze dopracowane, że podczas czytania nie zwraca się uwagi na płynący czas. Chciałoby się czytać ciągle, bez przerw. A gdy już skończyłam swoją lekturę, w uszach wciąż brzmiał mi głos Aleksa „Biegnij!”. Co byłoby, gdyby autorka nie napisała kolejnych części? Nawet nie przepuszczam tego przez myśl. Książka naprawdę wciąga, jeśli uda nam się zrozumieć przesłanie, z pewnością prędko o tym nie zapomnimy. Naprawdę polecam.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Czas lekarstwem...

Czy rzeczywiście możemy powiedzieć, że czas leczy rany? Może i leczy, a może nie. Wiele osób wypowiada się na ten temat, każdy ma odmienne zdanie. Nawet czytając książki, widzimy fragmenty typu [...] na każdą boleść istnieją dwa lekarstwa - czas i milczenie. (Aleksander Dumas (ojciec) – Hrabia Monte Christo). Szukam w tych cytatach prawdziwego stwierdzenia, albo chociaż takiego, które najlepiej określi, co robi czas, czy też milczenie. Mogłabym przytoczyć tutaj dziesiątki dotyczących tego tekstów, a jednak, nadal jestem niepewna. Dlatego stwierdziłam, że dziś wszystko przemyślę i znajdę odpowiedź na nurtujące mnie zagadnienie. 


Nieprawda, że czas leczy rany i zaciera ślady. Może tylko łagodzi przykrywając wszystko osadem kolejnych przeżyć i zdarzeń. Ale to, co kiedyś bolało, w każdej chwili jest gotowe przebić się na wierzch i dopaść. Nie trzeba wiele, żeby przywołać dawne strachy i zmory. Gdyby nawet trwały w ukryciu, zepchnięte na samo dno, to przecież gniją gdzieś tam, na spodzie, i zatruwają duszę, zawsze pozostawiając jakiś ślad - w twarzy, w ruchach, w spojrzeniu - tworzą bariery psychiczne, kompleksy. Nie pomoże wódka, nie pomoże szarpanie się w skrajnościach, od usprawiedliwiania do potępiania.
Lucjan Nowakowski – Mummi
To chyba jedna z dłuższych wypowiedzi, pomijając te naprawdę długie rozprawki na ten temat. Zamieszczony wyżej cytat dość dobrze oddaje moje zdanie na ten temat. Ból, który nas rozdziera, z upływem czasu przykrywany jest innymi wydarzeniami, tymi gorszymi i lepszymi. Ale w każdej chwili wspomnienia mogą powrócić, a wtedy wydaje mi się, że ten czas rozszarpał moje rany jeszcze bardziej, że są one głębsze, bardziej bolesne. O niektórych rzeczach można zapomnieć, ale o tym, co złego spotkało nas w życiu bardzo szybko sobie przypomnimy, Zło po prostu odchodzi w dal, ale mimo tego, że minęło wiele dni, miesięcy, lat, każda rana, nawet zabliźniona, może jeszcze zacząć krwawić. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Melancholia

Mam cichą nadzieję, że wiosna, która przyszła, wkrótce pomoże mi w zakończeniu niektórych problemów i przykrych spraw. A w zasadzie, miałam taką nadzieję, dopóki nie uświadomiłam sobie, że na moje samopoczucie nie wpływała pogoda. Oczywiście, że gdy jest ciepło, ma się więcej energii i chęci do życia, ale duże kłopoty nadal pozostają nierozwiązane. Chociaż... Zarówno duże, jak i te maleńkie, które zrodziły się niemal z niczego.

Czasami zastanawiam się, dlaczego ludzie popełniają tyle błędów zupełnie nieświadomie, a potem cierpią, nie mogąc ich naprawić. Zdarzają się chwile, gdy nie widzę sensu tego wszystkiego, co mnie otacza. Chciałabym się odizolować, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Melancholijny nastrój, który mnie dziś ogarnął, trochę mnie przybija. Przypominam sobie o wszystkim złym, co się wydarzyło i nie mogę udarować sobie, że ja też popełniałam błędy. W takich momentach nurtuje mnie pytanie, co by było, gdyby nagle nie wzeszło słońce? Nie chodzi mi tutaj o to wyrażenie w sensie dosłownym, chociaż wiem, że taki koniec wszystkiego też musi kiedyś nastąpić, gdy wszyscy staniemy przed Sądem Ostatecznym. Ale w niektórych... sercach... słońce nie wschodzi. Albo pojawia się, ale tak, jakby było przyćmione czymś innym. Zmartwieniami, które wyszyte są w naszym życiu grubymi nićmi.

Jednak myślę, że dla każdego człowieka słońce w końcu zaświeci mocniej, porazi wszystkich wokół, którzy byli oprawcami, swoimi jasnymi promieniami i pozwoli rozpocząć życie na nowo. Chociaż o popełnionych błędach zawsze pozostanie pamięć, będą one dla nas lekcją, czego nie robić w przyszłości.
Dzisiaj wyjątkowo taka notka dość nietypowa, pisana w nastroju melancholijnym, gdy nie miałam ochoty kompletnie na nic. Taka trochę przytłaczająca, to był chyba mój sposób na pozbycie się nadmiaru emocji. Następne posty będą na normalne tematy, chociaż liczę na to, że nie zawiedliście się, czytając powyższe słowa. Bo mimo wszystko, włożyłam w ten tekst część siebie.

piątek, 1 kwietnia 2016

Nigdy powiek nie otworzy...

Witam Was już w kwietniu, w tym poście o dość... dziwnym tytule. Dziś przychodzę do Was z tematem, na który trudno jest się wypowiadać, coś troszkę podobnego znajdziecie tutaj: Post o samookaleczaniu . Tak, jak samookaleczanie może w pewnym momencie doprowadzić do śmierci, tak dzisiejszy tekst piosenki, który idealnie nadaje się do wykorzystania go w tym poście mówi o czymś, co wydaje się niemalże nierealne.

Ona stała na bloku, ludzi pełno było wokół,
ta młoda dziewczyna, ja widziałem wszystko z boku.
Ktoś tam krzyczał nie rób kroku, lecz do niej nie docierało. 
Bose stopy na krawędzi, ciągle czasu ubywało.
Słyszę krzyki kobiety ludzie szepcą to jej matka,
dziesiąte piętro wyżej stoi nastolatka.
Na osiedle wjeżdża straż, żeby dziewczynę powstrzymać,
"cóż takiego musiało się stać?" - pyta jej rodzina.
Ta piękna i młoda w szkole dobrze się uczyła,
miała zajebiste stopnie doceniała to rodzina.
Co wakacje za granicę bilet dostawała,
te kolonie, wyjazdy styl zawsze dobry trzymała.
Wyróżniała się z tłumu, była duszą towarzystwa,
ona pewna siebie inteligentna dusza czysta.
Żyła przyszłościowo - ciągle myślała o jutrze,
ciekawe czy wiedziała, że właśnie dzisiaj uśnie?

Pierwsza zwrotka ukazuje nam niecodzienną sytuację, która jednakże mogłaby mieć miejsce. Samobójstwo. Nieważne, w jaki sposób ktoś odebrał sobie życie. Mnie zastanawia, dlaczego tak się dzieje? Słuchając piosenki StabiL - Ona wydawało mi się, że ktoś przedstawił historię mojego życia. Z tym jednym szczegółem, że ja nie zrobiłam niczego głupiego. Chciałabym właśnie nawiązać do mojego życia, moich doświadczeń, bo jednak miałabym dużo wspólnego z "bohaterką" tego tekstu. I właśnie przez to, że taka jestem, moi rówieśnicy myślą, że nie mam żadnych problemów. Że moje życie jest jak z bajki, nie dzieje się nic złego. Gdyby tylko wiedzieli, że przeżyłam więcej niż oni. Często ogarnia mnie rozpacz, nie daję sobie rady z otaczającym mnie światem. Mam mnóstwo powodów do zmartwień, ale nikt mnie nie rozumie. Wmawiają mi, że u mnie wszystko musi być dobrze, że nigdy nie zdarza się, że czegoś nie potrafię, czy też, potocznie mówiąc "nie ogarniam". A jednak. Nie jest aż tak kolorowo. Co powoduje wmawianie mi, że moje życie jest idealne, skoro do takiego brakuje mu naprawdę wiele? Nie wiem. Piosenka, której fragment zacytowałam wyżej, opisuje historię młodej dziewczyny, której znajomym i bliskim wydawało się, że wszystko jest perfekcyjne, że w jej życiu nie pojawiają się żadne problemy. Ludzie zastanawiali się, co takiego się wydarzyło, że postanowiła zrobić swój ostatni krok? Przecież dobrze się uczyła, utrzymywała dobre relacje z rówieśnikami, miała plany na przyszłość. I nagle popełniła samobójstwo. Nadmiar problemów sprawił, że nastolatka odebrała sobie życie. 

Wydaje mi się, że w tej chwili każdy z nas powinien zastanowić się, po której stoi stronie. Czy znajduje się na bloku, czy też spogląda na to z dołu, bezpiecznie stąpając po ziemi? Jeśli jesteście w tej pierwszej sytuacji, musicie wiedzieć, że śmierć nie jest rozwiązaniem, a jeśli to Wy zastanawiacie się, co męczy duszę kogoś takiego, nie próbujcie się z nim kłócić mówiąc, że to Wy macie więcej problemów, bo tego nie wiecie. Dobre oceny, "trzymanie dobrego stylu" nie świadczą o tym, że czyjeś życie jest kolorowe i bezproblemowe.

czwartek, 31 marca 2016

Trening czyni mistrza

Mogłoby się zdawać, że cytat zawarty w tytule wykorzystam w sposób najmniej oczywisty, którego trudno byłoby się domyślić. Ja jednak, w wyniku mojego lenistwa, stwierdziłam, że nie będę szukała daleko. Znalazłam coś bardzo blisko, chociaż, trochę wysiłku mnie to kosztowało. Od dłuższego czasu szukałam motywacji, by wziąć się w garść i zacząć ćwiczyć. Pragnęłam poprawienia swojej kondycji, a przy okazji pozbycia się dosłownie kilku zbędnych kilogramów. (Nie uważam, że jestem gruba, nie mam kompleksów, to tak dla zasady :D ) Ale co miałam zrobić w tym kierunku?
Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie.
Jak to bywa u typowych leniuchów, nie kręciły mnie ćwiczenia fizyczne trwające zbyt długo. Wystarczało mi to, co odbywało się na lekcjach wychowania fizycznego w szkole. A jednak, to nie to samo. Stwierdziłam, że czas wziąć się za siebie i właśnie dzisiaj zaczęłam. Zaczynanie od niemalże zera jest dość trudne, dlatego nie wiedziałam, co dokładnie chcę robić, jak często itp. To chyba typowe wątpliwości pojawiające się, gdy człowiek chce spróbować czegoś nowego.
Padłaś? Powstań. Popraw koronę i zasuwaj.
Tym razem mi się udało! Co prawda przebiegłam bardzo mało, jedyne 2 kilometry, ale na początku taka odległość mi wystarczy. Za jakiś czas ją zwiększę, z pewnością. Chciałam przebiec więcej dzisiaj, ale na zewnątrz wciąż jest zimno, wieje wiatr, a gdy biegłam- padał deszcz. Gdy tylko się ociepli, postaram się mienić zarówno swoje tempo, jak i dystans. Dzisiejszy wynik to niestety tylko 2 kilometry w ciągu 14 minut, ale wkrótce to się zmieni. Od czegoś trzeba zacząć, a teraz jestem zupełnie niezwyczajna biegania. Nigdy nie byłam 'zwyczajna', a teraz, kilka dni po świętach wciąż czuję, że jestem przejedzona. Mam jednak nadzieję, że wytrwam w swoim postanowieniu i w najbliższym czasie uda mi się przebiec okrągłe 100km. Rozłożę to sobie na miesiąc co najmniej, ale dokonam tego. Właśnie dzisiaj znalazłam motywację.
A wy? Uprawiacie stale jakiś sport? A może podobnie jak ja, dopiero zaczynacie, lub macie zamiar zacząć jakiś trening?

wtorek, 29 marca 2016

Spring & Easter

Nim zdążyłam się obejrzeć, przyszło kilka cieplejszych, słonecznych dni. Szkoda, że nie było ich zbyt wiele, a w chwili obecnej pada deszcz. Dawno nie zaglądałam na bloga, sporo się od tamtego czasu wydarzyło. Nie chcę nawiązywać do wydarzeń z mojego życia, ale otwierając nowy rozdział w moim życiu (mam nadzieję, że lepszy) stwierdziłam, że powinnam odświeżyć nazwę bloga. Poprzedni tytuł był dość mroczny, przez co wciąż przypominał mi o złych zdarzeniach. Chcąc o nich zapomnieć, zmieniłam wygląd tej strony na bardziej przyjazną i przestronną. Według mnie wygląda lepiej i bardziej zachęcająco. Chociaż wiem, że najbardziej zachęcające są systematyczne i ciekawe posty, których u mnie od jakiegoś czasu brakuje. Ciągle powtarzam sobie, że od jutra zmienię w swoim życiu to i to, że zacznę coś robić, że czegoś zaprzestanę. Do tej pory, większość z tego, co zapowiadałam sama sobie, to były jedynie puste słowa. Właśnie dziś postanowiłam, że czas to zmienić. Chcę być bardziej obowiązkowa, dotrzymywać danego zarówno komuś, jak i sobie słowa.
Idzie wiosna. Mam nadzieję, że lada dzień będę mogła wyjść na dwór w znacznie lżejszych ubraniach, które nie będą dla mnie uciążliwe. Dwa dni temu wiele ludzi świętowało Wielkanoc, Zmartwychwstanie Pańskie. Ten czas spędziłam z rodziną, więc tradycyjnie musiałam wyjść na spacer z bliskimi. To właśnie on i to świeże powietrze skłoniło mnie do refleksji. Coś muszę ze sobą zrobić. Czas mija nieubłaganie szybko, a ja chciałabym go cofnąć o kilka lat i drugi raz móc podjąć wiele decyzji. Tym razem nie popełniałabym aż tylu błędów, jaka szkoda, że to niemożliwe.
Czytając to, co przed chwilą napisałam, wprowadzam w swoje życie melancholijny nastrój. Może i komuś z Was brakowało chwili na przemyślenia, co robić dalej? Najwyższy czas, żeby wszystko ustalić. Zdjęcia, które zamieszczone są w tym poście zrobiłam podczas spaceru w Poniedziałek Wielkanocny, gdyż wybrałam się z dwoma młodszymi siostrami na wycieczkę "W poszukiwaniu wiosny". I chyba coś znalazłyśmy. Wszystko budzi się do życia, więc może i dla mnie jest nadzieja?



czwartek, 24 marca 2016

Reaktywacja

Wreszcie udało mi się ogarnąć swoje życie, niedługo pożegnam się ze swoimi troskami, które doprowadziły mnie do załamania. Chociaż te mniejsze problemy zostaną, nie mam zamiaru się nimi aż tak przejmować. Każdy ma jakieś problemy, więc i mnie to nie minie. Tak bardzo cieszę się, że w końcu mogę wrócić na bloga. Rozważałam, czy nie lepiej byłoby zacząć wszystko od nowa, ale chcę się trochę ustatkować i nie skakać z kwiatka na kwiatek, tak jak robiłam to kiedyś. Chciałam prowadzić bloga, ale nigdy nie mogłam trafić z nazwą, treścią itp. Teraz czuję, że wiem, co robię. Przez czas, w którym mnie nie było, nabrałam pewności siebie i jestem gotowa stanąć twarzą w twarz z wyzwaniem. Nawiązując do wyzwań, przypomniałam sobie o tym, jakie wyzwania NieCzytelnicze podjęłam w ferie. Cóż, kilka z nich już wykonałam. Prowadzę pamiętnik, uśmiecham się do przechodniów na ulicy, chociaż nie wszyscy odwzajemniają mój uśmiech. Mam nadzieję, że tym razem wytrwam.

czwartek, 11 lutego 2016

Ferie

W dzisiejszym poście będzie troszkę więcej zdjęć, dzisiaj znowu spadł śnieg. Zjawił się nagle, więc i z podobną prędkością zniknął. Jednak gdy jeszcze utrzymywał się na powierzchni ziemi i sprawił, że świat wyglądał jak z bajki, zdążyłam to uwiecznić.




Chciałabym napisać o tym, jak spędziłam te dwa tygodnie, ale nie znalazłam nic nadzwyczajnego. Kilkakrotnie jeździłam na basen i na lodowisko, spotkałam się z przyjaciółkami i robiłam wiele podobnych rzeczy. Trochę mi szkoda, że za cztery dni będę znowu w szkole, zwłaszcza, że opuszczając ją jeszcze w styczniu nie miałam zbyt pozytywnego nastawienia. Żeby nie przedłużać i nie zanudzać Was opowieściami z mojego życia, przejdę do meritum. Co prawda po tytule posta można spodziewać się, że właśnie streszczę Wam 14 dni mojego życia, a jednak zaplanowałam to nieco inaczej. Oprócz tego, że podejmę wyzwanie książkowe (ale o tym w oddzielnym poście) znalazłam jeszcze jeden rodzaj wyzwań i zaczynam właśnie dzisiaj.
czytac-nie-czytac.blogspot.com

Na blogu nie będę opisywała wszystkich zadań, ale pierwszy post z wyzwania nieczytelniczego już wkrótce.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Idzie luty...

Chyba zgodzicie się ze mną, że w styczniu trochę zaniedbałam wszystko... Wy wiecie tylko o tym, że w ubiegłym miesiącu pojawiły się jedynie dwa posty, a ja wiem jeszcze, że w tym czasie pogorszyły się moje kontakty ze znajomymi, narobiłam sobie sporo zaległości w szkole i w ferie, które właśnie dzisiaj mi się zaczęły mam naprawdę dużo rzeczy do nadrobienia. Ale dam radę. Taka sytuacja nie zdarza się pierwszy raz, a ja muszę to przetrwać.
Zdjęcie dla uwagi, teraz będzie ich więcej ♥
Tymczasem chciałabym przejść do meritum. Podsumowanie stycznia mieliście troszkę wyżej, bo to chyba jedyne, co się działo. Oczywiście, były też inne wzloty i upadki, ale o nich nie będę opowiadała. A co dzisiaj? Tak, właśnie rozpoczęłam ferie zimowe. Tylko co z tego, skoro wczoraj, chcąc świętować, impreza szkolna została zakończona dwie godziny przed czasem? Ale w zasadzie nie powinnam tym się przejmować, to był jeszcze styczeń.
Skoro mamy pierwszy lutego, zacznę od moich planów, zarówno blogowych, jak i bardziej prywatnych. Z pewnością chcę zwiększyć liczbę postów w miesiącu, napisać kilka recenzji (czyli przeczytać kilka książek), nadrobić wszystko, co zaległe od stycznia i rozważyć pewną myśl. Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy chcielibyście na blogu coś typu "Julia Testuje". W tej serii pojawiałyby się opisy (ze zdjęciami) różnych aplikacji na telefon, może czasem produktów kosmetycznych i innych gadżetów. To jest jeszcze sprawa do przemyślenia, a co będzie? To chyba wyjdzie w praniu. Także to tyle na dzisiaj, spodziewajcie się jakiegoś posta wkrótce! (W końcu mam ferie, więc długo nie będziecie musieli czekać)

niedziela, 24 stycznia 2016

"Papierowe miasta"

„Pójdziesz do papierowych miast i nigdy już nie powrócisz.”
Dwa, zupełnie różne typy osobowości. Ona tajemnicza, zbuntowana, pragnąca przygód, a on cichy i zakochany. Margo Roth Spiegelman i Quentin Jacobsen znają się niemal od zawsze, ze względu na sąsiadujące ze sobą miejsca zamieszkania. Gdy mieli po dziewięć lat, w pobliskim parku znaleźli martwego mężczyznę. Wiele ich łączyło, a jednak przestali utrzymywać ze sobą kontakt.
„Zawsze wydawało mi się absurdalne, że ludzie chcą się z kimś zadawać tylko dlatego, iż ten ktoś jest ładny. To jakby wybierać płatki śniadaniowe ze względu na kolor, a nie na smak.”
Wszystko zmienia się, gdy są w ostatniej klasie liceum. Pewnego wieczoru Margo wkracza w jego życie i chce, by jej pomógł. W ciągu jednej nocy udaje im się dać nauczkę tym, którzy niejednokrotnie podpadli dziewczynie. Quentin’owi wydaje się, że teraz znów się zaprzyjaźnią, jednak następnego dnia nastolatka znika, zostawiając chłopakowi wskazówki, których rozszyfrowanie nie jest łatwe. Życie tego spokojnego nastolatka, którego rodzice są terapeutami, zmienia się o 180 stopni. Quentin wyrusza na poszukiwania i jest gotowy na wszystko, byle tylko odnaleźć ukochaną. Z pomocą przybywają Ben i Radar- jego jedyni przyjaciele. Jak zakończy się powieść autorstwa Johna Greena? Czy Quentin odnajdzie Margo? Jak potoczą się losy bohaterów? Tego wszystkiego dowiecie się, sięgając po „Papierowe miasta”.


Cytaty, które zapadły w mojej pamięci:
"Widzisz, jestem gorącą zwolenniczką przypadkowego użycia wielkich liter. Obowiązujące zasady są okropnie krzywdzące wobec wyrazów w środku zdania."
„Chodzi mi o to, że w którymś momencie będziesz musiał przestać wpatrywać się w niebo, bo inaczej pewnego dnia spojrzysz z powrotem w dół i zorientujesz się, że ty także uleciałeś gdzieś w przestworza.”
„Tak trudno jest odejść - dopóki się nie odejdzie. A wówczas to najłatwiejsza rzecz pod słońcem”

 ______________________________________________________________________________________________
Przepraszam za moją ostatnią nieaktywność. Związana jest ona z moim pobytem w szpitalu, brakiem czasu na cokolwiek. Teraz będzie już tylko lepiej, mam nadzieję, że wybaczycie mi fakt, że w styczniu pojawiło się naprawdę mało postów, a ja nie powiadomiłam Was o tym wcześniej.

piątek, 1 stycznia 2016

Happy New Year

Dzisiaj chciałabym oficjalnie przywitać Was w tym nowym roku, mamy 1 stycznia 2016! Trudno było mi uwierzyć, że coś tak szybko się skończyło. A wydawało mi się, że to wczoraj zaczęłam chodzić do szkoły, a przedwczoraj się urodziłam. A jednak, minęło kilkanaście lat mojego życia. No i jak zwykle udało mi się odbiec od tematu... W tym wstępie chciałabym życzyć Wam wszystkiego, co najlepsze na ten nowy rok, żebyście spełniali noworoczne postanowienia i swoje marzenia, żebyście zawsze byli szczęśliwi oraz, żeby rok 2016 okazał się jeszcze lepszy od poprzedniego. Mam nadzieję, że ten nowy czas przyniesie wszystkim wiele niespodzianek (tylko miłych). Jednak zdaję sobie sprawę, że niejeden raz w oczach wielu ludzi pojawią się łzy i niestety ja nic na to nie mogę poradzić. Po cichu liczę mimo wszystko na to, że te łzy, częściej będą wywołane naszym szczęściem, a nie smutkiem. I z moich życzeń dla Was to by było na tyle, a tymczasem może opowiem trochę o moich planach na niezmarnowanie czasu w tym roku. Pisząc tego posta odnoszę wrażenie, że jest około północy, ponieważ ciągle słyszę wystrzały. Ludzie świętują i na niebie ciągle widzę fajerwerki. Ale pomijając ten fakt, przejdźmy do posta właściwego.
Przede wszystkim zaplanowałam sobie (jak co roku zresztą), że przeczytam co najmniej 50 książek. Mimo tego, że jestem leniuchem, nie lubię aż tak bardzo marnować czasu. Postanowiłam więc częściej odwiedzać mojego bloga, zwiększyć swoją aktywność na nim. W razie, gdybym któregoś dnia miała mniej czasu, postanowiłam założyć moje "blogowe" konto na instagramie, na którym moglibyście śledzić moje "poczynania" i szybciej zdobywalibyście informacje o nowych wpisach. Liczę na to, że w tym roku w końcu uda mi się dotrzymać postanowienia i zacząć regularne ćwiczenia, przydałoby się pozbyć zbędnych kilogramów. Kolejna sprawa związana z blogiem (przepraszam za kompletny brak jakiejkolwiek kolejności) to więcej zdjęć. Co prawda nie mam zbyt dobrego sprzętu do robienia zdjęć, postaram się zamieszczać w moich postach większą ilość fotografii. O tym, co zamierzam wprowadzić do bloga już Was powiadomiłam, więc może wrócę jeszcze do moich prywatnych postanowień, a mianowicie... Obiecałam sobie, że będę utrzymywała porządek w swoim pokoju. Śmieszne? Jestem nastolatką, chociaż w zasadzie to niczego nie wyjaśnia, ale mam problem z bałaganem. Dlatego mam nadzieję, że uda mi się mieć czysty pokój chociaż w tym roku. Jak nabiorę przyzwyczajeń do sprzątania, lub ewentualnie do nie śmiecenia, to później będzie mi jeszcze łatwiej.
Chciałabym jeszcze napisać coś o tym, jak spędzałam Sylwestra, ale cóż... Chyba zanudziłabym Was moją historią. Ja świętowanie zaczęłam teoretycznie o 16, gdyż wczorajszy wieczór i noc spędzałam z młodszymi siostrami. Od 20 "Sylwester z Dwójką" przeplatany zabawą z młodszymi. Na dzisiaj to chyba tyle, ale możecie spodziewać się kolejnego posta już niedługo.