środa, 27 kwietnia 2016

#Cry

Na początku muszę Was przeprosić za brak postów przez 9 dni. Miałam straszne problemy z internetem, a dodatkowo- wyjątkowo dużo nauki. W chwili, gdy piszę tego posta, wyglądam przez okno. Pada deszcz... Czasami wydaje mi się, że te krople, które spadają z nieba to też łzy. Mimo tego, że deszcz czasami 'ładnie wygląda' mi kojarzy się z płaczem i... z cierpieniem. Dlatego dzisiaj poruszę ten temat, zwłaszcza, że ostatnio płaczę niemal ciągle. Powodów tego jest mnóstwo.

T
eraz słucham patriotycznych piosenek, które przypominają mi o dawnej Polsce... Na ich temat mam zamiar poświęcić oddzielny post, zwłaszcza, że zbliża się święto. Jednak nie tylko te piosenki powodują, że moje oczy się 'pocą'. Mam takie momenty, w których powracają do mnie wszystkie najgorsze wspomnienia. Wtedy mogę płakać przez dłuższy czas, ale... To przynosi mi ulgę. Rzadko w moim życiu pojawiają się łzy szczęścia, chociaż nie mogę stwierdzić, że ich nie ma. 





Zdarza mi się płakać nawet wtedy, gdy widzę otaczający mnie świat. Jest tak piękny, niemal idealny, a my, ludzie, tak bardzo go niszczymy. Przyroda to coś, na co zawsze zwracałam uwagę. Tak bardzo mi przykro, gdy ją "krzywdzimy". Nie mówiąc o tym, że ludzie krzywdzą nie tylko otoczenie... Jeszcze bardziej krzywdzą sami siebie nawzajem.
 To dlatego na moim blogu tak często pojawiają się zdjęcia przyrody, roślin... Jestem zrozpaczona, gdy widzę, co się dzieje na tym świecie, w którym żyjemy. Chociaż nie ukrywam, że jestem świadoma tego, że to my jesteśmy za to odpowiedzialni. Jednak wracając do łez... Często zastanawiam się, czy to, że tak często płaczę, jest dobre, czy złe. Mimo tego, że łzy mają działanie pozytywne, nie chodzi mi o to. Ale po dłuższym przemyśleniu zawsze stwierdzam, że dla mnie, uwolnienie nadmiaru wody z organizmu jest bardzo dobre. Przyzwyczaiłam się do płaczu, chociaż nie ukrywam, że sól zawarta w łzach wysusza mi policzki. Czasem trzeba po prostu usiąść i się popłakać. Chociaż lepiej, jeśli będą to łzy szczęścia. I właśnie takich łez Wam życzę.



poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Delirium

Mamo, proszę, powiedz, jak do domu wrócić, 
Zgubiłam się w lesie, chciałam drogę skrócić. 
Jestem już półżywa, nie mam siły stać. 
Spotkałam Odmieńca, co urzekł mnie wielce, 
Pokazał mi uśmiech i skradł moje serce. 
Co byś zrobił, gdyby miłość była chorobą? Chciałbyś się z niej wyleczyć? Mieszkańcy Portland w zasadzie nie mogą wybierać. Każdy, gdy jest wystarczająco dojrzały poddawany jest zabiegowi. Od małego wszyscy uczeni są, że miłość to okropna, śmiertelna choroba. A zabieg ma przynieść szczęście. Bohaterka powieści jest na dwa miesiące przed zabiegiem, nie może doczekać się wyleczenia ze względu na to, co przeżyła w dzieciństwie, gdy jej matka zachorowała. Cierpiała, zachowywała się inaczej niż inni. Pewnego dnia Lena poznaje Aleksa, dla którego jej serce zaczyna bić mocniej. Właśnie wtedy dochodzi do wniosku, że przez wiele lat żyła w kłamstwie, zaczyna rozumieć to, co powiedziała jej matka, zanim odeszła.
„Kocham Cię. Pamiętaj. Tego nam nie odbiorą.” 
Książka „Delirium” autorstwa Lauren Oliver nie raz zapiera dech w piersiach. Opisy są tak dobrze dopracowane, że podczas czytania nie zwraca się uwagi na płynący czas. Chciałoby się czytać ciągle, bez przerw. A gdy już skończyłam swoją lekturę, w uszach wciąż brzmiał mi głos Aleksa „Biegnij!”. Co byłoby, gdyby autorka nie napisała kolejnych części? Nawet nie przepuszczam tego przez myśl. Książka naprawdę wciąga, jeśli uda nam się zrozumieć przesłanie, z pewnością prędko o tym nie zapomnimy. Naprawdę polecam.

wtorek, 12 kwietnia 2016

Czas lekarstwem...

Czy rzeczywiście możemy powiedzieć, że czas leczy rany? Może i leczy, a może nie. Wiele osób wypowiada się na ten temat, każdy ma odmienne zdanie. Nawet czytając książki, widzimy fragmenty typu [...] na każdą boleść istnieją dwa lekarstwa - czas i milczenie. (Aleksander Dumas (ojciec) – Hrabia Monte Christo). Szukam w tych cytatach prawdziwego stwierdzenia, albo chociaż takiego, które najlepiej określi, co robi czas, czy też milczenie. Mogłabym przytoczyć tutaj dziesiątki dotyczących tego tekstów, a jednak, nadal jestem niepewna. Dlatego stwierdziłam, że dziś wszystko przemyślę i znajdę odpowiedź na nurtujące mnie zagadnienie. 


Nieprawda, że czas leczy rany i zaciera ślady. Może tylko łagodzi przykrywając wszystko osadem kolejnych przeżyć i zdarzeń. Ale to, co kiedyś bolało, w każdej chwili jest gotowe przebić się na wierzch i dopaść. Nie trzeba wiele, żeby przywołać dawne strachy i zmory. Gdyby nawet trwały w ukryciu, zepchnięte na samo dno, to przecież gniją gdzieś tam, na spodzie, i zatruwają duszę, zawsze pozostawiając jakiś ślad - w twarzy, w ruchach, w spojrzeniu - tworzą bariery psychiczne, kompleksy. Nie pomoże wódka, nie pomoże szarpanie się w skrajnościach, od usprawiedliwiania do potępiania.
Lucjan Nowakowski – Mummi
To chyba jedna z dłuższych wypowiedzi, pomijając te naprawdę długie rozprawki na ten temat. Zamieszczony wyżej cytat dość dobrze oddaje moje zdanie na ten temat. Ból, który nas rozdziera, z upływem czasu przykrywany jest innymi wydarzeniami, tymi gorszymi i lepszymi. Ale w każdej chwili wspomnienia mogą powrócić, a wtedy wydaje mi się, że ten czas rozszarpał moje rany jeszcze bardziej, że są one głębsze, bardziej bolesne. O niektórych rzeczach można zapomnieć, ale o tym, co złego spotkało nas w życiu bardzo szybko sobie przypomnimy, Zło po prostu odchodzi w dal, ale mimo tego, że minęło wiele dni, miesięcy, lat, każda rana, nawet zabliźniona, może jeszcze zacząć krwawić. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

Melancholia

Mam cichą nadzieję, że wiosna, która przyszła, wkrótce pomoże mi w zakończeniu niektórych problemów i przykrych spraw. A w zasadzie, miałam taką nadzieję, dopóki nie uświadomiłam sobie, że na moje samopoczucie nie wpływała pogoda. Oczywiście, że gdy jest ciepło, ma się więcej energii i chęci do życia, ale duże kłopoty nadal pozostają nierozwiązane. Chociaż... Zarówno duże, jak i te maleńkie, które zrodziły się niemal z niczego.

Czasami zastanawiam się, dlaczego ludzie popełniają tyle błędów zupełnie nieświadomie, a potem cierpią, nie mogąc ich naprawić. Zdarzają się chwile, gdy nie widzę sensu tego wszystkiego, co mnie otacza. Chciałabym się odizolować, ale nie mogę sobie na to pozwolić. Melancholijny nastrój, który mnie dziś ogarnął, trochę mnie przybija. Przypominam sobie o wszystkim złym, co się wydarzyło i nie mogę udarować sobie, że ja też popełniałam błędy. W takich momentach nurtuje mnie pytanie, co by było, gdyby nagle nie wzeszło słońce? Nie chodzi mi tutaj o to wyrażenie w sensie dosłownym, chociaż wiem, że taki koniec wszystkiego też musi kiedyś nastąpić, gdy wszyscy staniemy przed Sądem Ostatecznym. Ale w niektórych... sercach... słońce nie wschodzi. Albo pojawia się, ale tak, jakby było przyćmione czymś innym. Zmartwieniami, które wyszyte są w naszym życiu grubymi nićmi.

Jednak myślę, że dla każdego człowieka słońce w końcu zaświeci mocniej, porazi wszystkich wokół, którzy byli oprawcami, swoimi jasnymi promieniami i pozwoli rozpocząć życie na nowo. Chociaż o popełnionych błędach zawsze pozostanie pamięć, będą one dla nas lekcją, czego nie robić w przyszłości.
Dzisiaj wyjątkowo taka notka dość nietypowa, pisana w nastroju melancholijnym, gdy nie miałam ochoty kompletnie na nic. Taka trochę przytłaczająca, to był chyba mój sposób na pozbycie się nadmiaru emocji. Następne posty będą na normalne tematy, chociaż liczę na to, że nie zawiedliście się, czytając powyższe słowa. Bo mimo wszystko, włożyłam w ten tekst część siebie.

piątek, 1 kwietnia 2016

Nigdy powiek nie otworzy...

Witam Was już w kwietniu, w tym poście o dość... dziwnym tytule. Dziś przychodzę do Was z tematem, na który trudno jest się wypowiadać, coś troszkę podobnego znajdziecie tutaj: Post o samookaleczaniu . Tak, jak samookaleczanie może w pewnym momencie doprowadzić do śmierci, tak dzisiejszy tekst piosenki, który idealnie nadaje się do wykorzystania go w tym poście mówi o czymś, co wydaje się niemalże nierealne.

Ona stała na bloku, ludzi pełno było wokół,
ta młoda dziewczyna, ja widziałem wszystko z boku.
Ktoś tam krzyczał nie rób kroku, lecz do niej nie docierało. 
Bose stopy na krawędzi, ciągle czasu ubywało.
Słyszę krzyki kobiety ludzie szepcą to jej matka,
dziesiąte piętro wyżej stoi nastolatka.
Na osiedle wjeżdża straż, żeby dziewczynę powstrzymać,
"cóż takiego musiało się stać?" - pyta jej rodzina.
Ta piękna i młoda w szkole dobrze się uczyła,
miała zajebiste stopnie doceniała to rodzina.
Co wakacje za granicę bilet dostawała,
te kolonie, wyjazdy styl zawsze dobry trzymała.
Wyróżniała się z tłumu, była duszą towarzystwa,
ona pewna siebie inteligentna dusza czysta.
Żyła przyszłościowo - ciągle myślała o jutrze,
ciekawe czy wiedziała, że właśnie dzisiaj uśnie?

Pierwsza zwrotka ukazuje nam niecodzienną sytuację, która jednakże mogłaby mieć miejsce. Samobójstwo. Nieważne, w jaki sposób ktoś odebrał sobie życie. Mnie zastanawia, dlaczego tak się dzieje? Słuchając piosenki StabiL - Ona wydawało mi się, że ktoś przedstawił historię mojego życia. Z tym jednym szczegółem, że ja nie zrobiłam niczego głupiego. Chciałabym właśnie nawiązać do mojego życia, moich doświadczeń, bo jednak miałabym dużo wspólnego z "bohaterką" tego tekstu. I właśnie przez to, że taka jestem, moi rówieśnicy myślą, że nie mam żadnych problemów. Że moje życie jest jak z bajki, nie dzieje się nic złego. Gdyby tylko wiedzieli, że przeżyłam więcej niż oni. Często ogarnia mnie rozpacz, nie daję sobie rady z otaczającym mnie światem. Mam mnóstwo powodów do zmartwień, ale nikt mnie nie rozumie. Wmawiają mi, że u mnie wszystko musi być dobrze, że nigdy nie zdarza się, że czegoś nie potrafię, czy też, potocznie mówiąc "nie ogarniam". A jednak. Nie jest aż tak kolorowo. Co powoduje wmawianie mi, że moje życie jest idealne, skoro do takiego brakuje mu naprawdę wiele? Nie wiem. Piosenka, której fragment zacytowałam wyżej, opisuje historię młodej dziewczyny, której znajomym i bliskim wydawało się, że wszystko jest perfekcyjne, że w jej życiu nie pojawiają się żadne problemy. Ludzie zastanawiali się, co takiego się wydarzyło, że postanowiła zrobić swój ostatni krok? Przecież dobrze się uczyła, utrzymywała dobre relacje z rówieśnikami, miała plany na przyszłość. I nagle popełniła samobójstwo. Nadmiar problemów sprawił, że nastolatka odebrała sobie życie. 

Wydaje mi się, że w tej chwili każdy z nas powinien zastanowić się, po której stoi stronie. Czy znajduje się na bloku, czy też spogląda na to z dołu, bezpiecznie stąpając po ziemi? Jeśli jesteście w tej pierwszej sytuacji, musicie wiedzieć, że śmierć nie jest rozwiązaniem, a jeśli to Wy zastanawiacie się, co męczy duszę kogoś takiego, nie próbujcie się z nim kłócić mówiąc, że to Wy macie więcej problemów, bo tego nie wiecie. Dobre oceny, "trzymanie dobrego stylu" nie świadczą o tym, że czyjeś życie jest kolorowe i bezproblemowe.